*****
Muzycy zespołu Sing Sing Penelope zasłynęli jako odnowiciele fusion lat 70.
Na niniejszej, koncertowej płycie, przy udziale swego starego znajomego - istnej legendy krajowej muzyki improwizowanej, postaci cieszącej się wielką
estymą, ale nieco enigmatycznej - trębacza Andrzeja Przybielskiego (wspomnieć trzeba choćby jego współpracę z Helmutem Nadolskim, Czesławem Niemenem,
Tomaszem Stańką, czy artystami z nurtu yassowego, jak i bogaty dorobek w dziedzinie muzyki teatralnej) wreszcie pozbywają się piętna epigoństwa,
jakie ciążyło na ich trzech poprzednich płytach, wypuszczając się na znacznie bardziej swobodne (co w żadnym wypadku nie oznacza chaotyczne, a raczej
wolne od schematyzmu i jednoznacznej kategoryzacji) obszary. W efekcie otrzymaliśmy nie tylko najlepszy krążek zespołu, ale
(obok "Grzybobrania" Wojtka Mazolewskiego) najbardziej interesującą krajową jazzową płytę w ostatnich miesiącach.
Miałem przyjemność uczestniczyć w koncercie w łódzkiej Jazzdze, z którego zaczerpnięta została spora część zawartej na płycie muzyki.
Przyznam, że w jego kontekście zaskoczony jestem spójnością materiału. Występ, choć w wielu momentach świetny, unaocznił różnice w muzycznej wizji
oraz wrażliwości członków Sing Sing Penelope i bardziej zorientowanego na absolutnie wyzwoloną ekspresję, przez to często niesubordynowanego
Przybielskiego. Na albumie (duże partie materiału pochodzą z próby, która odbyła się w Jazzdze bez udziału publiczności, dzień przed wspomnianym
koncertem, a część dodatkowo z występu w bydgoskim Mózgu) jednak nie ma śladu nieporozumień; co więcej - indywidualne cechy muzyków udało się przekuć
w atut i zamknąć w bogatym, ale koherentnym dźwiękowym świecie.
Odnajdujemy w nim nawiązania do psychodelicznego fusion z tradycji Soft Machine, wczesnego Weather Report, jak i elektrycznego Davisa,
a także free w duchu Dona Cherry'ego, w końcu bardziej współczesnych, chłodnych, minimalistycznych konstrukcji á la Supersilent.
Swoisty koloryt wnoszą także zabarwione ludowo nuty, jak np. odwołujący się do muzyki góralskiej kawałek, zatytułowany - nomen omen - Góru.
Nie ma tu jednak mowy o jakiejś imitacji - przytaczając powyższe nazwy pragnę jedynie wskazać pewną bazę, z której wyrasta kreacja zespołu.
Zresztą wypełniająca krążek muzyka jest czymś więcej niż sumą składających się na nią elementów - sprawdza się jako integralna, doskonale
skonfigurowana całość. Tematy gładko przenikają się z wolną, acz operującą bardzo wyważonymi (momentami chciałoby się rzec - ascetycznymi) środkami
improwizacją. Klimat płynnie przechodzi od transowych abstrakcji, przez poetycki, ale surowy liryzm, po nieco frywolne motywy.
Przy tym cały czas pozostaje skupiony. Instrumentaliści z godną podziwu dojrzałością stronią od efekciarstwa. Jednym słowem jazz
- w jak najlepszym tego słowa znaczeniu - wyrafinowany; wyemancypowany, a jednak w pełni kontrolowany przez precyzyjny intelekt!
(Łukasz Iwasiński)
powrót
|