Na płycie "Stirli People" ukazał się materiał zarejestrowany podczas jesiennego koncertu Sing Sing Penelope i Andrzeja Przybielskiego w Jazzdze.
Płyta zachwyca: to rozmarzony, swobodny jazz, zagrany z nerwem i wyobraźnią.
Spotkanie na szczycie - trudno nazwać inaczej koncertowy album jednej z tych kilku kapel, która tchnęła u progu XXI wieku nowe życie w scenę
jazzową oraz legendarnego trębacza. Idea współpracy zespołu z Przybielskim, największym indywidualistą naszej awangardy, wydawała się szalona.
Obdarzony outsiderskim charakterem Major Andy słynie z nieprzewidywalności, która nie sprzyja zespołowej współpracy.
A jednak po kilku miesiącach prób cała szóstka przyjechała w połowie października z rodzinnej Bydgoszczy do Jazzgi, by zarejestrować materiał podczas
koncertu. Dlaczego w Łodzi? - Z trzech powodów: bardzo dobry realizator, bardzo dobre brzmienie sali i świetna atmosfera - wyjaśniał perkusista
Rafał Gorzycki.
Byłem na tym koncercie - nie był to występ wybitny. Zespół zestresowała rejestracja, a do nerwowej atmosfery przyczyniały się żarty i docinki
Przybielskiego względem młodszych kolegów (basista Patryk Węcławek uciekł nawet na jakiś czas ze sceny). Tym większym dla mnie zaskoczeniem jest
płyta tak wyborna, nawet jeśli uwzględnię fakt, że wzbogacił ją jeden utwór z koncertu w Bydgoszczy i wspaniała 20-minutowa podróż uchwycona podczas
otwartej próby w przededniu łódzkiego koncertu (to właśnie tytułowe "Stirli People"). W poprzednich nagraniach SSP brakowało nieco energii
i nieprzewidywalności, które mogą pojawić się wyłącznie w wersji "live", zwłaszcza u boku takiej postaci jak Przybielski.
Na "Stirli People" ten nerw jest cały czas obecny i sprawia, że nawet w momentach pozornego rozprzężenia, rozjazdu muzyków w różnych kierunkach
podczas improwizacji, trudno oderwać uszy od tej muzyki.
W utworach opartych na tematach Przybielskiego muzycy krążą uporczywie wokół charakterystycznych motywów przewodnich (w "W arce" składa się on
właściwie z dwóch dźwięków!), w kompozycjach przygotowanych wspólnie na ten album odchodzą od zwartych melodii w stronę elektrycznego free jazzu
najwyższej próby. Trudno wyróżniać któregoś z członków SSP, bo każdy z nich w pewnym momencie wysyła sygnał świadczący o wysokiej dyspozycji i
kreatywności. Przyznam jednak, że gdy słyszę, z jaką inwencją klawiszowiec Daniel Mackiewicz kładzie fundament pod muzykę szóstki bydgoszczan,
wstydzę się, że go wcześniej nie doceniałem.
Pierwszym, co uderza po włożeniu płyty do odtwarzacza, jest jednak znakomite, pełne brzmienie. Nie trzeba nawet specjalnie wymyślnego sprzętu,
by przenieść się na scenę Jazzgi. To w głównej mierze zasługa Jazzgowego realizatora Dariusza Piekary. Od niejednego artysty występującego w Łodzi
słyszałem, że to "najlepszy nagłośnieniowiec w kraju", a "Stirli People" tylko potwierdza tę opinię. Aż dziw bierze, że to pierwsza od lat płyta
rejestrowana w klubie przy Piotrkowskiej 17. Może "Stirli People" zachęci następnych, nie tylko jazzowych, wykonawców?
Album Sing Sing Penelope i Andrzeja Przybielskiego siłą rzeczy prowadzi w wyścigu o miano jazzowej płyty roku 2009 w Polsce.
Nie zdziwię się, jeśli do grudnia nikt nie wyjdzie na prowadzenie.
(Jędrzej Słodkowski)
powrót
|